17 września, data znamienna. I tak zapomniana… A nie byłoby przecież zapewne wagonów i Wielkiego Marszu, Buzułuku i cmentarzy gdzieś na stepach Azji, pewnie nawet jatki pod Cassino, gdyby nie ten dzień. 17 września. Dzień gdy zakończyła się Historia.

A więc weszli, kopiąc leżącego. Sowieci. A pierwszymi, którzy zmuszeni byli stawić im czoła (i stawiali przez kolejne dwa tygodnie, mimo porażającego stosunku sił) byli żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza. Garstka (nie waham się użyć tego słowa) nie przez wszystkich lubianej „elity oficerskich elit” , która wzięła na siebie cały ciężar powstrzymania lawiny, tupiącej dziesiątkami tysięcy wysmołowanych kamaszy, huśtającej na legendarnych już sznurkach antyczne karabiny i wykrzykującej hasła o braterstwie, miłości i równości, w życie zaś wprowadzającej całkowitą ich odwrotność. Te wysmołowane, zabezpieczone w ten sposób przed wodą i błotem kamasze, stanowiły zresztą znak rozpoznawczy zbliżającego się niebezpieczeństwa. Jakiś czas temu, w położonych na Wołyniu, niedaleko Równego, Tajkurach, pewna stara Ukrainka opowiedziała mi historię tej smoły, i smrodu, i sowieckiej inwazji.

– Wszystkie wiedzieli, że Ruskie idą, wszystkie wiedzieli. Polaki, Ukraińcy, wszystkie. Wszystkie my wiedzieli.
– Ale skąd ?
– Smród szedł po całej wiosce, zanim się jeszcze pojawili … Wiele godzin przed nimi … Smród szedł przed nimi. Wiedzieliśmy, że po nas idą.

Bolą stare rany i wrogowi, choćby nie wiadomo jak był grzeczny, czysty i światowy, zawsze przypisze się wszystko, co najgorsze, włącznie z kłami wilka i jedzeniem na śniadanie małych dzieci z okolicznych wiosek. Niemcy hałasowali przecież swoimi bombami i samolotami, strasząc bydło i ludzi. Ruscy zaś śmierdzieli z kilkunastu kilometrów, niosąc strach i upodlenie. Ta legenda stała się nawozem dla pamięci. Na tym chciałem zakończyć jednak moja rozmówczyni była pewna swego.

– Buty im śmierdziały.
– Buty im śmierdziały ?
– Tak. Stąd wiedzieliśmy, że już idą. Naszym tutaj nigdy tak potwornie z butów nie cuchnęło. Stąd też wiedzieliśmy, że już czas się bać.

Wysmołowane, sowieckie kamasze, wystawione na wyjątkowo gorące tej jesieni, późnowrześniowe słońce, rzeczywiście musiały potwornie cuchnąć. Nie chodziło przecież o dwie pary, czy o cztery, ale o tysiące tych par. Dziesiątki tysięcy. Wszystkie w smole, wszystkie w zdrowym, komsomolskim, żołnierskim pocie, wytupujące swoje śmierdzące pam-pam-pam-pam w kresowym kurzu, pyle i gorącu. A lato było ponoć wyjątkowo upalne tego roku, jesień zapowiadała się podobnie.I gdy zawiał wiatr, poniósł przed siebie smród nadchodzącego nieszczęścia : hen daleko, daleko, kilometrami … Aż do wołyńskich Tajkur, aż do kolejnych wsi, wiosek, miast i miasteczek. Taki śmierdzący oddech Historii.

Na jego drodze stanęły jednak zmobilizowane naprędce (i zdziesiątkowane) oddziały KOP – u. Korpusu Ochrony Pogranicza.

* * *

Można się śmiać z tych przysłowiowych, wykpiwanych latami przez komunistyczną propagandę „szaleńców na koniach”, post sanacyjnych kowbojów, rzucających się na swych ogierach na uzbrojone czołgi – obojętnie czy niemieckie, czy sowieckie. Jednak to właśnie Korpus, ze skutecznością sprawnie działającego, dobrze naoliwionego automatu, przez kolejne dwa tygodnie nękał napływających coraz większą falą Sowietów, nie pozwalając im na lekką,przyjemną i łatwą realizację zadania, wyznaczonego w Moskwie. Wbrew oczekiwaniom Stalina, Polacy byli jednak całkiem nieźle przygotowani do walki na dwa fronty, jeśli zaś nie – wykazywali się zdolnością do improwizacji. Wiele miesięcy przed sowiecką inwazją Warszawa zdawała sobie doskonale sprawę z zagrożenia, rosnącego za wschodnią granicą. Nie wiedziano tylko, kiedy to zagrożenie przerodzi się w realne i bezpośrednie niebezpieczeństwo.

Już w roku 1938, ze względu na zaogniającą się sytuację w regionie, podjęto decyzję o wzmocnieniu granicy polsko – słowackiej, obsadzając ją wzorcowo zorganizowanym 2 pułkiem KOP „Karpaty”. Podjęto też prace nad sformowaniem plutonów przeciwpancernych i specjalnych (były to drużyny: saperska, przeciwpancerna i zwiadowcza). Częściowa mobilizacja zarządzona w marcu 1939 r. objęła jednostki KOP (zgrupowano cztery baony odwodowe, osiem szwadronów kawalerii, przerzucono na zachód cztery kompanie saperów), w kwietniu zmobilizowano dwa kolejne baony odwodowe, a w maju przerzucono z Baonu KOP „Sienkiewicze” kompanię odwodową i kompanię ckm w rejon Helu. Wojenna mobilizacja sił Korpusu pomału stawała się faktem. 30 sierpnia 1939 r. dowództwo KOP przeszło w trybie natychmiastowym na wojenną strukturę organizacyjną. Nadchodziło decydujące starcie.

* * *

Gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona (łącznie 750 tys. żołnierzy) przekroczyła granicę wschodnią Polski, pozostawiona do ochrony wschodniej granicy, osamotniona formacja, składała się z dowództwa, 1 brygady (Brygada KOP „Polesie”) oraz 7 pułków (były to pułki : „Wilno”, „Głębokie”, „Baranowicze”, „Polesie”, „Sarny”, „Równe” i „Podole”). Ze względu na włączenie najwartościowszych żołnierzy w struktury armii walczącej z Niemcami, na granicy wschodniej pozostali mniej doświadczeni żołnierze i zwyczajni rezerwiści. Mimo tego, KOP nie zamierzał kapitulować. 21 września dowódca naczelny Korpusu, generał Wilhelm Orlik-Rückemann przegrupował swoje siły w rejonie Woli Kucheckiej (blisko 9 tysięcy żołnierzy, w tym 300 oficerów) i nakazał natychmiastowy marsz w kierunku Kocka, następnie zaś, w miarę możliwości, dołączenie do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” gen. bryg. Franciszka Kleeberga – a co za tym idzie : dalszą walkę. Po drodze, na przełomie 29 i 30 września doszło do zainicjowanego przez Kopistów dramatycznego starcia pod Szackiem. Grupa solidnie dała się we znaki 52 Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej – wieś została dosłownie zmieciona z powierzchni ziemi ostrzałem artyleryjskim, o zwycięstwie zaś rozsądziła bezpośrednia walka wręcz – na bagnety, niejednokrotnie też pięści, głowy i kamienie. Znalezione zaopatrzenie poprawiło sytuację wyczerpanych fizycznie i psychicznie polskich żołnierzy. Pościg za Sowietami trwał do wieczora – bez większych jednak rezultatów : Rosjanie najzwyczajniej w świecie uciekli.

Następnego dnia Kopiści zdemolowali przednie straże kolejnej sowieckiej dywizji, później zaś ruszyli w kierunku Bugu, przedzierając się przez pozycje wroga. 350 żołnierzy zginęło, prawie tysiąc zaś odniosło rany. Straty objęły też amunicję i sprzęt – niewielkie pocieszenie stanowić mógł fakt, że wrogowi – relatywnie – dostało się dużo bardziej.

30 września Kopiści ruszyli na Parczew – był to już ich ostatni bojowy zryw. Pod Wytycznem, podczas przekraczania drogi z Lublina do Włodawy znaleźli się kleszczach oddziałów pancernych Armii Sowieckiej, idącej właśnie spod Włodawy. Całodzienna walka zakończyła się koszmarną jatką – wobec takiego rozwoju wypadków, dowódca KOP nakazał odwrót i natychmiastowe rozwiązanie grupy bojowej. Wojna była przegrana.

Brak amunicji i sprzętu, fizyczne i psychiczne wyczerpanie żołnierzy, przede wszystkim zaś nadchodzące, coraz gorsze wiadomości z pozostałych odcinków frontu przesądziły o końcu tej nierównej walki. Generał Orlik-Rückemann nadzwyczajnym rozkazem zwolnił wszystkich żołnierzy ze złożonej przysięgi wojskowej i 1 października 1939 r. oficjalnie rozwiązał (liczące nadal blisko 3 tys. żołnierzy) zgrupowanie bojowe. Pozostawieni samym sobie żołnierze, drobnymi grupami przedostawali się do Rumunii i na Litwę bądź byli aresztowani przez Sowietów. Rozpoczynała się zupełnie inna walka.

Oficerowie i żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza brali udział w Kampanii Wrześniowej, walcząc w różnych jednostkach polskiej armii – od Ostroga aż po Hel. Wielu poległo, wielu trafiło do sowieckiej niewoli. Osadzeni w Ostaszkowie, Starobielsku i Kozielsku zakończyli swoją walkę wiosną 1940 r, na podstawie decyzji Biura Politycznego WKP(b). Na podstawie wyroku śmierci, wydanego przez Stalina i wykonanego przez jego podwładnych. Porozsiewani są dzisiaj po całym wschodzie – m.in. w Miednoje, Charkowie, Katyniu. Tam właśnie rozstrzelano pierwszego dowódcę KOP-u, legendarnego generała Henryka Minkiewicza, rubasznego wąsacza, uwielbiającego zimowe polowania i zakrapiane biesiady w odległych stanicach. Tam właśnie skończyła się Polska, znana z fotografii w odcieniu sepii.

Niech więc ten krótki tekst będzie swojego rodzaju hołdem dla tych, którzy nigdy nie powrócili do swoich domów. Żołnierzy i oficerów Korpusu Ochrony Pogranicza, którzy we wrześniu 1939 roku zrobili dokładnie to, czego od nich oczekiwano. Zrobili nawet dużo więcej.

Krzysztof Hoffmann dla Fundacji Pamięci Historii i Kultury Polskiej na Białorusi
fot. Domena Publiczna (Wikipedia)